O ja cię! W ciąży i w konkubinacie?!

To niesamowite jak z biegiem czasu i wzrostem doświadczenia zmieniają się niektóre poglądy. Nie macie wrażenia, że spojrzenie na daną sytuację to nic trwałego? Czasem sama czuję się jak chorągiewka na wietrze, bo wystarczy tylko czyjaś sugestia, a tok mojego myślenia szalenie zmienia bieg.

Ostatnio przyjaciółka mojego Szlachcica i moja coraz bliższa koleżanka zadała mi banalne pytanie:

– To kiedy się hajtacie? Nie jest ci ciężko być ciężarną konkubiną? – niby byłam rozbawiona, ale to pytanie spadło na mnie raczej niespodziewanie. Dlaczego? Bo wielokrotnie rozmawialiśmy z moją połówką na temat ślubu i oboje mieliśmy podobne zdanie.

Po pierwsze – ciąża niczego nie zmienia i na pewno nie może być zapalnikiem, który przymusi nas do tej decyzji.

Po drugie – to nie jest żaden priorytet, bo z papierkiem czy bez niego kochamy się tak samo mocno.

Po trzecie – nie ulegamy presji ze strony naszych rodzin i decydujemy o tym sami.

A po czwarte (to już moje prywatne przeświadczenie) to zdecydowanie nie jest coś, co wcześniej planuje się we dwoje. Oświadczyny to broszka facetów i absolutnie nie wolno ich przymuszać do podjęcia tego kroku ani insynuować im tego przy każdej możliwej okazji. Zawsze wyobrażałam sobie, że to będzie jak grom z jasnego nieba – niespodziewane i zapierające dech w piersi. Poza tym znając kilka szczegółów z przeszłości mojego Romea a także jego charakter obiecałam sobie, że nigdy nie będę go do tego namawiać. Wierzę, że każdy facet potrafi samemu ocenić kiedy nadszedł „ten” czas. Najważniejsze jest, żeby ON był pewien, że tego CHCE i żeby nie przeszło mu nawet przez myśl, że MUSI.

Do tej pory wyznaję te przekonania, ale wspomniana powyżej rozmowa dała mi do myślenia. Ktoś odkrył przede mną jakie przywileje tracę będąc (użyję znów tego brzydkiego słowa) konkubiną. Zacznijmy od par, którym rodzi się dziecko, a które nie noszą na palcach GPS-ów. W zasadzie pary mają prawa takie same jak małżeństwa (może nie licząc sławnego 500+ :P), oprócz tego, że gdy urodzi się dziecko to żyjący „na kocią łapę” muszą we dwójkę stawić się w Urzędzie Stanu Cywilnego (albo jedno po drugim). Chodzi tutaj o dobrowolne uznanie bobasa przez tatusia. Kiedy jest się w związku małżeńskim ojcostwo jest już ustalone z góry. To właściwie jedyna różnica.

Co innego jeśli spojrzeć na inne aspekty życia. W urzędach, w rodzinie, w szpitalu – jesteś obcą osobą. Jego dziewczyną, konkubiną, partnerką, ale nikim z rodziny. Trochę ciężko nosi się takie brzemię, tym bardziej, że mężczyzna w Polsce dalej jest z automatu postawiony wyżej od kobiety. To nie on jest Twoim „kimś tam” tylko Ty. To trochę przykre i czasem pozwala poczuć smak wstydu. Wtedy odpowiednim ratunkiem jest tylko i wyłącznie dobra postawa Twojego mężczyzny. To on musi się postarać, abyś czuła się przy nim w towarzystwie innych osób naprawdę ważna. W końcu dzielicie razem wszelkie problemy i szczęśliwostki (no i łóżko 🙂 ).

Choć jestem pewna tego, że nigdy nie pokocham innego mężczyzny i że to właśnie TEN jest tym najbardziej pasującym do mnie, to nie zamierzam niczego przyspieszać. Jest moją lepszą połową i Tatą naszego Bobasa. Opiekuje się mną i bez mrugnięcia okiem wpuścił mnie do swojej Rodziny, która mnie zaakceptowała. Początkowo czułam obawy i drażniły mnie pytania typu: „to kiedy wesele?”, ale teraz wszystko się już uspokoiło. Najważniejsze jest to, że jesteśmy razem, mamy wspólne mieszkanie a w domu przy jego rodzicach czuję się swobodnie, w pełni przyjęta pod ich skrzydła. Jeśli taka relacja będzie się utrzymywać, a On nadal będzie dbał o to, abym nie czuła się obco – dam Mu jeszcze czas na przemyślenia. W końcu nadal najbardziej istotne jest dla mnie to, że to do mnie zawsze wraca. 😉 Nie mówię małżeństwu „Nie!”, bo wiadomo – jak każda kobieta chcę tego bardzo, ale skoro kocham – to poczekam.

I pamiętajcie. Dajcie sobie szansę na zadecydowanie o tym, czy powiecie „tak” nawet jeśli dla Was obojga taka deklaracja jest oczywista. Znacznie przyjemniej jest wyrazić zgodę klęczącemu przed Wami mężczyźnie, niż przyjęcie rozkazu z góry, od starszyzny. :]

A jakie są Wasze refleksje/historie?

Comments

comments

komentarze 2

  • stokrotka napisał(a):

    ehh jakby to takie trudne było żyć i dać żyć innym. znam skądś te klimaty, chociaż nie byłam w ciąży, ale 1,5 roku mieszkałam z moim facetem ‚bez ślubu’. generalnie nikt specjalnie się nas nie czepiał ani nie dogadywał, z jednym małym (albo i wielkim) wyjątkiem w postaci moich rodziców. Osoby, które paradoksalnie powinny być mi najbliższe i zawsze po mojej stronie, zrobiły z tego taką straszliwą aferę… słowa, które wtedy od nich usłyszałam, zmieniły naszą relację chyba na zawsze. usłyszałam m.in. że ‚takiej córki najgorszemu wrogowi by nie życzyli’, ‚prowadzam się jak najgorsza ulicznica i przeze mnie nie mogą ludziom w oczy spojrzeć’, że ‚wstyd im, że są jakkolwiek ze mną związani i że noszę ich nazwisko’, że ‚nie ma dla mnie miejsca w ich rodzinie, bo odrzuciłam zasady jakie ta rodzina wyznaje’, albo że ‚wbijam im nóż w serce i jestem okropnym człowiekiem bo celowo to robię im na złość’. to tylko mała próbka dosłownych cytatów z wypowiedzi głównie mojego ojca, które wtedy padły. celowo mówię ‚ojca’ a nie ‚taty’, ponieważ nie myślę o nim ‚tato’ już od bardzo długiego czasu. jest moim ojcem, bo takie między nami zachodzi biologicznie pokrewieństwo, ale to tyle. nigdy jakoś specjalnie dobrze się nie dogadywaliśmy, ale wtedy coś we mnie pękło, ostatni cień potrzeby utrzymywania z nimi dobrej relacji. teraz, kiedy dzwonią i z żalem pytają, dlaczego tak rzadko się widujemy, ogarnia mnie pusty śmiech.
    nie przejmuj się niczyją opinią oprócz swojej własnej i swojego mężczyzny 🙂 nikt za Was życia nie przeżyje, więc nikt nie ma prawa oceniać Waszych decyzji dopóki nimi nikogo nie krzywdzicie 🙂

    • antygona93 napisał(a):

      Cześć!

      Wybacz, że dopiero teraz odpisuję. To co napisałaś jest druzgoczące. Myślałam, że to ja mam hardcore’owych rodziców, ale to co opisałaś przebiło wszystko czego ja doświadczyłam. Przykro mi, że zostałaś potraktowana w ten sposób i jednocześnie jestem z Ciebie dumna, że przez to wszystko przebrnęłaś i zawalczyłaś o siebie. Najważniejsze, że masz swoją drugą połówkę, która w pełni Cię akceptuje.
      Życzę Wam duuuuuużo szczęścia i jak najszybszego zabliźnienia się ran.

      Buziaki! :*

Leave a Comment