Najchętniej przespałabym cały ten czas kiedy nie ma Cię obok.

Mam 24 lata, jestem w 32 tygodniu ciąży, nie mam ślubu, mieszkam u teściów, kupione mieszkanie czeka na remont, jestem zakochana bezgranicznie w Szlachcicu, który zarabia na nasze marzenie jeżdżąc ciężarówką po Europie i dzisiaj jestem totalnie wypompowana ze wszystkiego co pozytywne.

Do napisania tego posta zainspirowała mnie dzisiejsza sytuacja. Mianowicie, moje Szczęście miało dziś koło północy wrócić z zagranicznych wojaży i spędzić z nami weekend. Co zburzyło tę sielankową perspektywę? Kłopoty na drodze. Trzeci raz z rzędu.

Trzeci raz z rzędu NASZ czas zostaje brutalnie ukrócony przez zdarzenia losowe. To mnie dzisiaj całkowicie wyprowadziło z równowagi. Cała sytuacja jest dla nas ciężka, bo gramy na czas, żeby jak najszybciej doprowadzić nasze gniazdko do stanu używalności. Ja z tą ciążą borykam się najczęściej sama, przeżywając to za nas dwoje. Teściowie oczywiście pomagają nam jak mogą i opiekują się mną jak swoim dzieckiem, ale sami rozumiecie, że to nie to samo co uwaga i czas poświęcane nam przez Partnera. Ciąża ostatnio pokazuje mi się z tej trudniejszej strony.

O ile w I i II trymestrze „kwitłam” i „piękniałam” według opinii znajomych, tak teraz czuję się jak kupa. Zaczęły się problemy z cerą, włosy nie układają się tak jak chcę – buntują się mendy jedne. Mam już problemy z pozbyciem się owłosienia, które pojawia się w niechcianych miejscach nie wspominając o znalezieniu wieczorem wygodnej pozycji do spania. Kiedy już przypadkiem ułożę się tak, że nic mnie nie uwiera, wtedy Młody zaczyna pokaz samby i tak „densujemy” do drugiej w nocy. W tym czasie zaliczam kilka namiętnych wizyt w łazience upuszczając ledwie po kilka kropel. Czemu? A no bo Synek upodobał sobie szczególnie stepowanie po moim pęcherzu właśnie w godzinach nocnych. Oprócz tego lubi też boksować moją przeponę więc cierpię na duszności, czasem to ledwo łapię oddech. Kręgosłup doskwiera mi cały czas więc chyba już się przyzwyczaiłam do bólu (chociaż, Kochanie, gdybyś chciał mi zrobić półgodzinny masaż to bym się nie obraziła 🙂 ), ale do cholernej zgagi to nie idzie przywyknąć. Nigdy w życiu nie cierpiałam na tę dolegliwość a teraz pojawia się cyklicznie co drugi-trzeci dzień, co trzy-cztery godziny. Szlag jasny mnie z tym trafia. Jak już zasnę to śnią mi się koszmary związane z porodem i utratą dziecka, co jakoś nie poprawia mojego nastroju. Jako wisienkę na torcie dodam może niezwykłą melodię do spania w ciągu dnia albo nieoczekiwane ataki płaczu? No wybierzcie sami, co jest dla Was „bardziejsze”.

Wszystko to co spotyka mnie w III trymestrze oczywiście rekompensują mi wyraźne ruchy naszego prawie dwukilowego Bobasa i momenty, kiedy mogę usłyszeć bicie jego serduszka. W chwilach kryzysu po prostu myślę co będzie tuż po porodzie, kiedy Maluch będzie już przy nas. Jestem pewna, że wpadnę w ciąg wycia i płakania ze wzruszenia, kiedy zobaczę jak Szlachcic bierze swoją małą kopię na ręce (o Jezusie! nie mogę się tego doczekać najbardziej na świecie!).

Byłoby znacznie łatwiej, gdybyśmy z moją lepszą połówką mieli więcej czasu dla siebie. Po 3 i pół roku bycia razem codziennie nagle natknęliśmy się na przymus rozłąki. Widzimy się wtedy, kiedy Szlachcicowi uda się wrócić. Nie da się zaplanować ile czasu spędzimy ze sobą i to chyba boli najbardziej. Celebruję każdą najmniejszą chwilę z Nim i cierpię okrutnie kiedy Jego przyjazd się opóźnia – tak jak dziś. Za mało mam Go dla siebie, nie zdążyłam jeszcze przywyknąć do tego, że widzimy się raz w tygodniu a jak już przyjeżdża, to nagle na pomysł odwiedzin wpada cała rodzina. Jeśli nie rodzina to wtedy pojawia się lista zadań, które mój Kapeć ma do wykonania i w efekcie widzimy się wieczorem, w łóżku, kiedy po 5 minutach zasypia uruchamiając przy tym kosiarkę (tak… jak jest zmęczony to chrapie tak, że przypomina dźwiękiem stary, zardzewiały traktor albo przedpotopową kosiarę). Staram się wtedy nacieszyć dotykiem Jego skóry, zapachem i widokiem. Gaszę światło późno w nocy kiedy zaczynam widzieć podwójnie. To wciąż mało. Cierpię na niedostatek tych wieczorów, gdy dane nam było być razem, sam na sam, na spokojnie i bez pośpiechu. Najchętniej przespałabym ten cały okres kiedy On wyjeżdża i budziłabym się tylko w momencie, gdy do nas wraca. W tym czasie pomiędzy naszymi spotkaniami walczę ze swoim zombie alter ego.

Wiem, że to co się dzieje teraz to efekt walki o nasze marzenia i że nie tylko mnie jest ciężko. Dlatego biegnę myślami do dnia, w którym trzymając naszego Pierworodnego staniemy w progu naszego świeżo wykończonego mieszkania i za jego drzwiami zostaniemy sami ze sobą. Razem.

 

Comments

comments

Leave a Comment