Jestem w ciąży. Jak wybrać dobrego ginekologa?

Cześć i czołem!

Do tego wpisu zainspirowała mnie dzisiejsza telefoniczna rozmowa z Przyjacielem. Brakowało mi od dawna kogoś komu mogę ciut „popsioczyć” na służbę zdrowia, polski rząd i dziwne koleje losu. Nie żebym nie mogła wypłakać się mojemu Szlachcicowi, ale wspólnie mamy na głowie jeszcze ciekawsze problemy. Dzisiaj zastanowiłam się porządnie nad tym jak to było z tym moim wyborem lekarza i jak to wszystko się potoczyło aż do dziś. Wróćmy zatem do samego początku:

Pierwszy stres związany z dwiema kreskami na teście nie był tak ogromny jak mogłoby się zdawać. W sumie to spodziewaliśmy się tego od jakiegoś czasu. Chcieliśmy się już dorobić potomka i daliśmy losowi szansę na wybranie sobie odpowiedniego terminu. Żadne z nas jednak nie pomyślało wcześniej jak to wszystko będzie przebiegało. Ja nie zastanowiłam się nad tym co będę przeżywać przez te 9 miesięcy, mój Mężczyzna też nie obmyślił jak przetrwać moją ciążę. Skupiliśmy się tylko na tym, że będziemy mieć małego brzdąca, który powstanie z nas dwojga i zbliży nas jeszcze bardziej do siebie. Dlatego rozumiecie jak bardzo spanikowałam, kiedy okazało się, że nie mam swojego lekarza i muszę go wybrać jak najszybciej spośród tysiąca w całym mieście. Mieszkaliśmy wtedy w sercu studenckich marzeń – we Wrocławiu. Wybór był ogromny, ale co z tego? Okazało się, że nie bardzo mam się kogo poradzić, w którą stronę uderzyć. Wtedy jeszcze nie wiedziałam kiedy się wyprowadzimy i czy urodzę właśnie na Dolnym Śląsku czy już gdzie indziej, dlatego stwierdziłam, że znajdę kogoś, komu będę mogła zaufać i ewentualnie dotrwać do końca ciąży.

Komentarze w Internecie bywają pomocne.

Przynajmniej w moim wypadku tak było, bo tylko na nich się oparłam. Sprawdziłam kilku lekarzy przyjmujących na NFZ w pobliskich przychodniach i tej, w której oczywiście byłam zarejestrowana. Powiem Wam, że naprawdę… Opłaca się poczytać, popytać i piętnaście razy rozważyć ostateczną decyzję. Osobiście – byłam przerażona tymi wszystkimi opiniami o ginekologach, którzy przyjmowali na kasę chorych. Znalazłam opisy wizyt, które przypominały te rodem ze średniowiecza, kiedy kobieta była niewiele więcej warta niż worek kartofli. Jako młoda kobieta w pierwszej ciąży, mieszkająca w obcym mieście i pracująca na siebie chciałam być w gabinecie potraktowana jak człowiek a nie jak kolejny numerek w kolejce. Lekarze z NFZ-u chyba zapomnieli, że nie siedzą tam też non-profit a my opłacamy ich ze składek, które odciągają nam z comiesięcznych wypłat. Podzieliłam się swoimi wątpliwościami ze Szlachcicem i ten powiedział, że lepiej płacić za wizyty, bylebym czuła się komfortowo a badania były przeprowadzane rzetelnie. Tak też zrobiłam.

Poszłam do ginekologa prywatnie.

I nie żałuję tego absolutnie, bo te pierwsze wizyty mnie odstresowały i pozwoliły skupić się na tym co najważniejsze – na dziecku. W tych czasach to niestety smutna prawda, że za szacunek lekarza i prawdziwe zainteresowanie trzeba po prostu zapłacić. Moja każdorazowa wizyta kosztowała 150zł. Wszystkie dodatkowe badania oraz te standardowe, comiesięczne, również wynosiły mnie dosyć drogo. Prenatalne -250zł. Skorzystałam z tych w I i II trymestrze. Za badania na początku ciąży zapłaciłam 270zł. W następnych miesiącach było ich już mniej więc kwoty aż tak nie bolały.

Swoją Panią Doktor wybrałam dzięki pozytywnym opiniom w Internecie. Wpisałam w Google coś w stylu „polecany ginekolog Wrocław” i od razu wyskoczyło kilka ciekawych propozycji. W ten sposób „sprawdziłam” około dziesięciu lekarzy i w końcu padło na kobietę. Mówi się, że mężczyźni w tej profesji są delikatniejsi, ale ja na swoją panią doktor absolutnie nie mogłam narzekać. Wizyty trwały od 20-40min. W poczekalni każdy wiedział, że pani ginekolog się nie opierdziela i jeśli wizyta trwa długo, to znaczy, że tyle trwać musi. Wchodząc do gabinetu czułam się traktowana indywidualnie od samego początku do samego końca. Jestem wdzięczna losowi, że pokierował mnie akurat tam, bo mój strach i wstyd przed wizytami u ginekologa został wyeliminowany. Chodziłam tam do 28 tygodnia ciąży, bo wtedy właśnie nastąpiła przeprowadzka. A tutaj…

Polecono mi pójść do ginekologa na NFZ.

Posłuchałam, bo mieściny teściów kompletnie nie znałam, a tu teraz przebywamy i tutaj na pewno urodzę. Powiem Wam, że wrażenia nie są takie złe, chociaż teraz właśnie przekonałam się za co wcześniej płaciłam. Położna, do której się wstępuje przed każdą wizytą u pani doktor jest świetna. Tłumaczy dużo więcej niż ginekolog, jest sympatyczna i profesjonalna. Posiadówka przy jej biurku trwa średnio 10min, włączając w to mierzenie ciśnienia, ważenie i sprawdzanie tętna Maluszka. Wizyta u ginekologa trwa… między 5 a 10 min? Polega na badaniu ginekologicznym. I tutaj największa i najbardziej bolesna dla mnie różnica. Na NFZ przysługują 3 badania USG podczas gdy prywatnie miałam je na każdej wizycie. Dostawałam zdjęcie i przez jakieś 10-15 minut mogłam pooglądać Groszka z każdej strony. Sprzęt był oczywiście milion razy lepszy niż w gabinecie w szpitalu. Gdy u obecnej pani doktor poprosiłam o zdjęcie, odpowiedziała, że… dziecko jest za duże żeby się zmieściło na fotce i ogólnie to ona ma za słaby sprzęt. A monitor faktycznie przedpotopowy… Poza tym, kiedy idzie się na Fundusz to trzeba się przygotować na to, że choć wizyty trwają krótko to i tak swoje trzeba w kolejce odstać, bo przecież Twój lekarz – Twój pan. Nie oszukujmy się, w przychodni i w szpitalu jesteśmy jednak tylko numerkami, które nie powinny za bardzo fikać.

No cóż. Najprawdziwszym stwierdzeniem jest to, że za wygodę się płaci. I doskonale pasuje to do opisów służby zdrowia.

Comments

comments

Leave a Comment