O tym jak na świecie pojawił się nasz Cud.

To był ostatni wieczór przed wyjazdem Szlachcica. Chciałam całkiem wykorzystać ten czas, wycisnąć go do ostatniej kropli i nacieszyć się na zapas. Wykończeni zdecydowaliśmy się na sen o północy. Godzinę później stało się to czego się bałam, że nie rozpoznam – odeszły mi wody. To co działo się chwilę później jest tak zabawne, że muszę się tym podzielić.

Usiadłam na łóżku przerażona z ręcznikiem pod dupą i patrzyłam jak moja Połówka zapada w coraz głębszy sen. Bardzo walczyłam ze sobą w środku, żeby nie panikować, nie krzyczeć i nie denerwować się. Przecież ten stres jest monumentalny. Ta myśl: „ZA CHWILĘ URODZĘ!” raz paraliżuje, raz mrozi a raz rozpala ciało. Mimo tego, że bardzo chciałam, aby Szlachcic wypoczął to jednak informacja pt. RODZĘ była dużo ważniejsza. Jak przedstawiał się nasz pierwszy dialog?

– Kochanie… Wody mi odeszły. Zaczynam rodzić. – trochę go poszturchałam i starałam się, żeby zobaczył tę panikę w moich oczach.

– Spokojnie, Misiek. Połóż się, nic się nie dzieje. Będzie dobrze. Spróbuj zasnąć. – odparł chyba zupełnie nieświadomy tego, co mówi i… zasnął. ZASNĄŁ. Powtórzę raz jeszcze – zaaaasnąął!

On sobie spał a ja zaczęłam się śmiać, bo i co było robić? Po chwili zrobiłam drugie podejście i nie uwierzycie… Wyglądało dokładnie tak samo! Ten sam tekst i znowu poszedł spać (i to jak słoooodko sobie chrapał). Zrezygnowana poszłam wziąć prysznic. Siedziałam w wannie i próbowałam się uspokoić, bo groziły mi palpitacje serca i chyba zawał – takie emocje. Następnie zrobiłam sobie z ręcznika pampersa i poszłam podjąć trzecią, ostateczną próbę uświadomienia mojego Faceta, że ZA CHWILĘ URODZĘ.

Tak, moi Drodzy. Za trzecim razem dotarło, udało się, dotarliśmy do mety. Torba czekała już zapakowana więc ubrałam tylko sweter i ze grozą w oczach wsiadłam do auta. Wcześniej tylko teściowie życzyli mi powodzenia co chyba jeszcze bardziej mnie dobiło. Powodzenia w wypchaniu dziecka wielkości arbuza przez dziurę wielkości pomarańczy.

Wiecie, że jak dotarliśmy do szpitala, to drzwi były zamknięte? W aucie zaczęły mi się skurcze więc tak jakby trochę się zdenerwowałam, że jeszcze nikt się mną nie zajął. Poszliśmy na izbę przyjęć, na której nie było żywej duszy. Przypadkiem obudziliśmy dyżurną pielęgniarkę, która wygoniła nas z powrotem do zamkniętego wejścia. Po chwili przyszła po nas kolejna rozbudzona pani, żeby w końcu nas przyjąć.

Co było najtrudniejsze? To, że Szlachcic już na początku musiał mnie zostawić. Rano miał wyjechać w trasę więc choć całą sobą potrzebowałam Jego obecności to jednak wysłałam Go do domu. Serce miałam rozerwane do samego końca, bo poród był dla mnie najtrudniejszym wydarzeniem w życiu.

Dalej to już w telegraficznym skrócie – walczyłam ze skurczami 12,5h. W tym czasie przez 10h skakałam wytrwale na piłce. Byłam z siebie taka dumna, że nie jęczę i nie krzyczę. Położna nawet chwaliła mnie kiedy kończyła zmianę. Słyszałam jak mówi do drugiej: „Przecierpliwa dziewczyna. Jak położyłam się spać to chyba przestała oddychać, żeby dać mi się zdrzemnąć.”. No kochane to było, kochane.

A potem to było już tylko gorzej. Rozwarcie całą noc miałam na 7 cm i ani ociupinki więcej. Kiedy podali mi oxytocynę to szczerze mówiąc myślałam, że zesram się z bólu. Te skurcze nie gasły. Jeden nachodził na drugi więc nie miałam żadnego odpoczynku. Wzrokiem wierciłam dziurę w plakacie, który przedstawiał przebieg porodu. Łudziłam się, że jestem już w przedostatniej fazie. A gówno dupa. Nadszedł czas na sławny masaż szyjki. Czy wspominałam wcześniej o zesraniu się z bólu? No to tamto to było nic. W skali od 0 do 10 to moje odczucie dyskomfortu oscylowało gdzieś przy 67. Płakałam na przemian z wyciem przez te ostatnie 2h. Rzucało mną po łóżku (bo niestety robili mi w międzyczasie KTG) i telepało. Twarz miałam wbitą w poduszkę i gdybym miała obok narzędzia chirurgiczne to sama bym się pociachała skalpelem. Miałam nadzieję, że ktoś mi powie: „10 cm, idziemy na łóżko, pani rodzi!”. No, miałam nadzieję. I co? No i gówno dupa po raz drugi. Przyszedł lekarz i powiedział, że tniemy, bo dzieciątko odwróciło się w trakcie w złą stronę, rozwarcie nadal na 7, a ja po tym wszystkim to chyba bym już nie miała siły przeć.

Musiałam przejść do innej sali w trakcie skurczu co było dla mnie jak wspięcie się na Mount Everest nocą podczas 60 stopni na minusie. Następnie podczas skurczu musiałam ZNIERUCHOMIEĆ, bo znieczulenie, bo igła w plecach, bo trzeba szybko, bo zaraz następna planowa cesarka. No cóż – było ciężko. Wiecie jak to jest siedzieć nieruchomo, kiedy bomba wybucha w brzuchu? No więc właśnie.

Tak więc o 13:05 na świat przyszedł nasz Syn przez cesarskie cięcie. Cesarka wyglądała dla mnie mniej więcej tak jakby mi ktoś odrywał flaki od kręgosłupa. Niby jest znieczulenie, co wcale nie oznacza, że nic już nie boli. Ale wszystko jest warte TEGO momentu. Tego, kiedy wyciągają z Ciebie Twoje małe Szczęście a Ono krzyczy. Wiesz, że oddycha, że przetrwało to wszystko i że za chwilę będziesz je już tulić do piersi.

Wtedy już nic innego nie czułam. Tylko to ciepło rozlewające się między piersiami i niesamowity spokój. Spokój i ulgę, że już jest. Że teraz będzie tylko lepiej. A potem jeszcze było kruche rozbawienie, bo nasz Syn elegancko olał służbę zdrowia zaczynając od pediatry a na położnych kończąc.

<3

Comments

comments

Leave a Comment