„Potrzebuję Cię, ponieważ Cię kocham.”

Cześć!

Dzisiaj będzie bez moralizowania. Z racji tego, że na początku grudnia pykło mnie i mojemu S. równe 4 lata, postanowiłam odpowiedzieć sobie na kilka pytań.

Co daję od siebie?

Kiedy o tym myślę, pojawia się przed moimi oczami cała litania. Mimo tego, że jak każdy mam sporo wad, to jednak braku zaangażowania nie można mi wytknąć. Jeśli już kocham to całą sobą, na wieki, na amen, na czerwone skarpetki Gargamela. Wstępowałam w ten związek niemałżeński mając 20 lat, będąc jeszcze nieopierzonym kurczakiem w tych sprawach. Wcześniej kilka razy wydawało mi się, że kocham, a raz na pewno to było coś bardzo silnego, ale miłością bym tego nie nazwała. Raz wikłałam się w jakieś toksyczne relacje, innym razem podejmowałam decyzję zbyt pochopnie a jeszcze innym musiałam przecierpieć zdradę i połknąć w całości stek kłamstw, który z wielkim trudem wyciskałam z siebie przez parę lat. To co dobrego miałam w sobie, wybierano ze mnie garściami i wrzucano do kosza. Bałam się, że już nic z tego we mnie nie zostanie. Kiedy jednak On się pojawił, zrobił ze mnie białą kartkę i zapisał ją od nowa. Wtedy obiecałam sobie, że całe ciepło i czułość jakie w sobie mam przeleję na Niego. Nie myślcie, że za każdym razem Mu to odpowiada, nie jest aż tak słodko-pierdząco. Podejrzewam nawet, że kiedy się wzajemnie „zaklepaliśmy” to jeszcze nie miał zielonego pojęcia w co się pakuje. Nie myślał chyba, że: będę mu robić prezenty bez okazji, pisać wielkie epopeje o mojej miłości do Niego, gotować cuda na kiju, chodzić na siłkę razem z Nim (głównie, żeby popatrzeć jak się Menda męczy i poci :D), za każdym razem myśleć na zakupach jaki produkt (no ok, jakie piwo i takie tam) Go ucieszy, że będę wstawać o 4.40, żeby zrobić Mu kanapki do pracy, że będę w TYCH sprawach taka otwarta i że nigdy nie będzie mi dokuczał TEN ból głowy, że będę razem z Nim rozmawiać o ulubionych gwiazdach porno (och, Prezesie i ojcze Dyrektorze, szykujcie mi miejsce obok siebie w piekiełku), że będzie mógł ze mną pogadać o kocie z dwiema dupami i oceniać mijające nas laski w skali od 1 do 10. Staram się jak mogę, żeby czuł się przy mnie swobodnie, żeby miał we mnie oparcie nawet jeśli wszyscy, łącznie z istotami pozaziemskimi są przeciw Niemu i żeby jak najczęściej się śmiał. Więc co daję od siebie? Wszystko czym mnie los obdarował. No i oddałam jeszcze komórkę jajową, żeby ten plemnik tam sobie mógł poużywać i wyszedł nam najpiękniejszy Syn na świecie.

Co z tego mam?

Doszłam już w tym związku do tego etapu, gdzie miłość jest bardzo świadoma. Wiem jakie zalety i wady S. ma mi do zaoferowania i przyjmuję to na klatę. Przez większość czasu jest między nami zajebiście i wtedy jestem tak szczęśliwa, że nie ma mnie dla nikogo, jestem tylko dla Nas (wliczam w to oczywiście Brzdąca). Nikt nigdy nie był dla mnie taką motywacją do życia jak On. Dzięki Niemu bardzo zmieniłam się przez te cztery lata, niespokojny duch we mnie siadł sobie w końcu na dupie i uprawia teraz wędkarstwo. Przestałam uciekać. To chyba największy sukces. Przestałam uciekać przed sobą, przed przeszłością, przed strachem o to co będzie dalej. Nauczyłam się cieszyć z tego co jest teraz, chociaż On z kolei chyba gdzieś to chwilowo zatracił.

Co jeszcze? Mam w końcu sens życia. A właściwie dwa: Jego i Syna naszego wspaniałego. (Ale mi się przypomniało jak dawno temu, kilkuletni wtedy kuzyn modlił się wieczorem i powiedział: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, ale nie suchego tylko z masełkiem i wędlinką.” :D)

No i mam swoją prywatną ładowarkę. Kiedy opadam z sił należy niezwłocznie podpiąć się pod Niego gdzieś w okolicach ramion i czekać, aż zaczniemy świecić na zielono.

Czego się boję?

Że coś pierdolnie. Że któreś z nas kiedyś zwątpi w to drugie. Że ktoś zrobi głupotę, a drugi ktoś jeszcze większą palnie i wyjdzie jakieś szambo bez dna. Że któryś z moich koszmarów się spełni. Z drugiej strony można zastosować szczepionkę, która nie powoduje autyzmu, choć czasem (albo i często) boli – ROZMAWIAĆ. Jeśli często i o wszystkim się rozmawia, to ryzyko, że obawy się spełnią maleje.

Co chciałabym zmienić?

Dużo jest pracy przed nami. Docieranie swoich charakterów i osiąganie kompromisu to cholernie trudne przedsięwzięcie, ale jednak do zrobienia. Musimy nauczyć się jeszcze wielu rzeczy: słuchać, rozmawiać, ustalać odpowiednie priorytety, częściej mówić MY a nie JA, okazywać sobie więcej ciepłych uczuć, dbać o drugą połówkę bardziej niż o siebie. To co jednak przede wszystkim chciałabym zmienić to… miejsce zamieszkania, bo ileż można siedzieć Teściom/Rodzicom na głowie. Chciałabym, żebyśmy już całkowicie zaczęli żyć własnym życiem, na swoim, we troje.

A na koniec…

Kiedyś przeczytałam: „Kocham Cię, ponieważ Cię potrzebuję. Potrzebuję Cię, ponieważ Cię kocham.”

Podpisuję się pod tym drugim zdaniem.

 

Comments

comments

komentarze 3

Leave a Comment